czwartek, 20 lipca 2017

"Hydra"

Tytuł: Hydra
Cykl: Armagedon (tom drugi)
Autor: Vladimir Wolff
Liczba stron: 425
Data wydania: 7 grudnia 2016

"Na wojnie nie można kierować się litością, bo litość może się obrócić przeciwko tobie."

Miej serce i patrzaj w serce - jak to pisał najdroższy polskiemu sercu poeta, Adam Mickiewicz. Wojna jest zdradziecką maszyną. Pełną krwi, zabijania bliźniego z zimną krwią i twarzą pokerzysty, nie pokazując żadnych uczuć. W życiu powinniśmy kierować się słowami Mickiewicza, ale kiedy nadchodzi bitwa, a my zaczynamy dowartościowywać życie, nie możemy się wahać. Litość może wbić nam nóż w plecy, przeważając szalę na stronę wroga. Życiowe dylematy - jak mamy sobie radzić? 

     Polska wygrała wojnę o miano supermocarstwa, jednak z tą posadą wiąże się również szereg problemów. Coraz większa liczba wrogów nasyła na kraj niespodziewane inwazje rodem z filmów sci-fi. Wraz z wojskami amerykańskimi, generałowie próbują godnie bronić Polskę mimo tego, że wróg nigdy nie śpi i nie pozwala, aby odkryć jego imię. Niewidzialne drony zajmują przestrzeń powietrzną, pluskwy i podsłuchy czyhają w każdym ważnym biurze, a prezydent już nigdy nie ujrzy światła dziennego. Co stanie się z Polską? Czy świat otwiera puszkę Pandory? 

Źródło
     Wolff nadszedł ze znakomitą kontynuacją Metalowej Burzy. Mimo tej samej, przerażającej przyszłości, książka skupia się na nieco innych wydarzeniach. Zamiast obecności na polu bitwy 24/7, obserwujemy poczynania rządu, generałów i tajnych agentów. Jest to bardzo ciekawy pomysł, pokazania tej samej historii od zupełnie innej strony, właściwie to "od kuchni". Wymaga to od autora bardzo dużej wiedzy, tak wiec chylę czoła - pewnie nie pierwszy i ostatni raz.

     Autor zaimponował mi wpleceniem kobiet w historię Hydry. Stworzył dwie, piekielnie seksowne i kuszące mężczyzn kobiety. Charakterne, dopracowane, uzdolnione, ale za razem i zupełnie różne. Podzieliły się na te dobre, jak i złe. Akcja z Warszawy mieszała się ze strzelaniną na ulicach i zapachem spalonego prochu - nic nie cieszy bardziej, jak agentki z bronią w ręku. 

     Nie wiem czy celowe było nawiązanie do mitologicznego stworzenia, czy też nie, ale zauważyłam pewne powiązanie. Hydra lernejska, znana wielu z 12 prac Herkulesa, była potworem o kilku głowach, a pokonanie jej i odcinanie głów, kończyło się odrastaniem jeszcze większej ilości. Na Polskę napadł ten mitologiczny stwór. Ojczyzna, próbująca ją pokonać, zrzucała na siebie liczne problemy i niebezpieczeństwa, które wiązały się z licznymi stratami. Nie tylko materialnymi, ale również czystkami w armii. Wolff otworzył puszkę Pandory, która jest niebywale prawdopodobna. 

Źródło
     Książka jest ciągiem wydarzeń, bez podziału na rozdziały z dopiskiem miejsca. Z jednej strony było to ciężkie, aczkolwiek akcja nie zwalniała nawet na chwilę, nie było czasu na podział. Patrząc na wydanie pierwszego tomu, teraz wydawnictwo zadbało o lepszy komfort czytania, czcionkę i układ strony. Bez zarzutów. Akcja polityczno-militarna (z naciskiem na polityczna) to doskonała odskocznia od typowych książek z pola walki.

     Sceny batalistyczne idealnie odzwierciedlają to, co może się zadziać. Autor nie owija w bawełnę, a pokazuję wszystko prosto i ciekawie. Jak we wcześniejszym tomie, nie ominiemy nazewnictwa broni, czołgów czy innego rodzaju pojazdów. Mimo skupienia się na tematach politycznych, cykl Armagedon jest jak najbardziej godna uwagi. Co zadzieje się w kolejnej części? Jak Polska poradzi sobie z wieloma problemami? Tego dowiecie się już niedługo... 

Za przybliżenie polityki w państwie dziękuję: Wydawnictwo WarBook

środa, 12 lipca 2017

"Alvethor. Pandemia"

Tytuł: Alvethor. Pandemia
Autor: Magdalena Kałużyńska
Liczba stron: 290
Data wydania: 28 marca 2017



"Chaos, wszyscy zginą, białe miejsce zgaśnie."


Alvethor stop. Białe miejsce - teren (nie)życia. Chaos otaczający ludzi. Krzyk, pisk, przerażenie, śmierć i czarne dziury w ścianie, podłodze, suficie... Wszystkich ogarnia niepokój. Nikt nie może przeżyć, a białe miejsce zniknie. Ale czy na pewno?




     Świata bronią tylko wojownicy - armia stworzona i zaprogramowana przez tajemnicze głosy. Na Ziemi zaczyna panować chaos, nadchodzi pandemia. Ludzie znikają w tajemniczych okolicznościach, pozostawiając po sobie czarną, śmierdzącą maź. Popełniają samobójstwa - nie chcą dłużej żyć wśród rozgardiaszu i niepewności. Boją się pochodzić do ścian. W kostnicach zaczyna brakować miejsca, a pochówki odbywają się masowo, o ile w ogóle zakopuje się wielkie dziury w ziemi. A zaczęło się od dziwnego samobójstwa w lofcie.. 

Źródło
     Powraca Magdalena Kałużyńska - mistrzyni horroru. Nie jestem fanką książek spod pióra naszych rodaków, ale w tym wypadku wspierajmy to co Polskie, jeśli jest to dobre! Możecie wtedy liczyć na dobre miejsce w Niebie, Piekle, Valhalli czy w co tam wierzycie. Na Ziemi walka trwa, rekruci walczą, a autorka zgrabnie polewa krwią kolejne strony książki. To jest to, nie spodziewałam się aż tak wielu wrażeń po kontynuacji Alvethora. (Przed nami jeszcze dwie części). Ale do rzeczy.

     Świat opływa czarną mazią, zaczynają ginąć bogu ducha winni ludzie. Pandemia. Nadchodzą kolejni rekruci, generałowie i... wnikają głęboko w nasz mózg, aby nim zawładnąć i przygotować do walki z potworami. W tej części bardzo dużo dzieje się w głowie bohaterów (w naszej też, ale to logiczne). Bardzo spodobała mi się ta fabuła, kiedy tajemnicze głosy zaczynały "rządzić" ludźmi. Sądzę, że dostanie się wgłąb umysłu było znajomitym pomysłem i odskocznią od innych książek, które pokazują tylko widoczne fakty. 

     Pandemia - ludzie się zabijają, a w kostnicach zaczyna brakować miejsc. Dodaje to, że tak to nazwę, uroku. To jest to, czego brakuje w większości krwawych powieści - trupów ścielących się na ulicach, z którymi nie ma co zrobić. No bo jak to? Magicznie znikają z trawnika? Rozkładają się w ciągu 24h? A tutaj nawet odnajdziemy tajemnicze zombie, które nawiedzą jednego z bohaterów. Akcja w Alvethorze w ogóle nie zwalnia! Cały czas coś się dzieje, ktoś ginie, ktoś rąbie ciała. 

Źródło
     Nie brakuje również masakry piłą mechaniczną, postrzałów, siekier i ostrych narzędzi. Co ta kobieta ma w głowie! Aż tylu wrażeń chyba żadnej czytelnik się nie spodziewał. Ostrzegam, że podczas nocnego czytania można dostać ataków paniki i dziwnych myśli krążących po głowie. Uważajcie, to ostro... ryje banie. Autorka nie spada z formy, nie osiada na laurach, a wręcz jeszcze lepiej pisze. Czego więcej można oczekiwać?

     Nocne czytanie w towarzystwie Pandemii? Tak, uważałabym na to połączenie. Książka, jak i wcześniejsza część, jest na pewno warta uwagi. Nie śmiem ostrzec, że jest to pozycja dla bardziej "odpornych" czytelników. Wpierajmy to co spod pióra rodaków, aczkolwiek Magdalena Kałużyńska ma talent!
Sufit jest materią uciekającego czasu, błyszczącą na tych ścianach strumieniami kwasu... 

Za kolejną historię ociekającą krwią dziękuję: Wydawnictwo Oficynka.

sobota, 8 lipca 2017

"Metalowa burza"

Tytuł: Metalowa burza
Cykl: Armagedon (tom pierwszy)
Autor: Vladimir Wolff
Liczba stron: 441
Data wydania: 17 lutego 2016


"Nie należy odwracać głowy, kiedy zło panoszy się na świecie."

Każdego dnia wszechświat atakowany jest nienawiścią. Ludzie idą z lufą skierowanych do bliźnich, aby obudzić w nich swoją rację bytu. Aby ujednolicić świat według zasad grupy etnicznej. Nawet wtedy, kiedy jesteśmy bezstronni, nie powinniśmy bagatelizować konfliktów pomiędzy kilkoma stronami. Wtedy możemy cierpieć nawet my, niewinni ludzie, dostając rykoszetem w tył głowy.


     Zabójcza epidemia zbiera żniwa w Stanach Zjednoczonych. Od tego momentu życie amerykanów leży pod znakiem zapytania. Ale nie tylko oni zmagają się z ogromnym problemem. W noc z pierwszego na drugiego lipca, rozbijają się wszystkie tajne odrzutowce, przewożące głowy państw po spotkaniu G7 (i Rosji). Władimir Władimirowicz Putin swoje życie kończy na polskiej ziemi. Teraz wojnę o miano supermocarstwa toczy Polska i Turcja - czy to początek nowej ery?

Źródło
     Wolff śmiało pokazał swoją wersję przyszłości świata. Skupił się głównie na rozbójnikach XXIw. - bojownikach Państwa Islamskiego - przedstawiając ich plany, rozwój i, krótko mówiąc, życie. Widzimy własnymi oczami jak bardzo są brutalni, nieprzewidywalni i niebezpieczni. Tę "III wojnę światową" ukazuje z różnych punktów widzenia. Raz przenosimy się do polskich miast, raz do Grecjii czy Turcji. Cieszy fakt, że mamy widocznie zaznaczone miejsca akcji - nie trzeba się niepotrzebnie głowić i rozmyślać nad tym, który Abdul gdzie i kiedy toczył swoją wojnę. 

     Głównymi bohaterami, wokół których dość dużo się dzieje, są nasi rodacy. Trójka żołnierzy wysłanych na wywiad wojskowy w nieznane, niebezpieczne tereny. Każdy z nich jest inny, ale doskonale się dopełniają. Jeden uległ wypadkowi przed wysłaniem, drugi zaś zna doskonale arabski i języki podobne, wręcz te, którymi posługują się mniejszości. Nie ma żadnych zarzutów wobec ludzi wykreowanych przez autora. Są diabelnie zdolni, ale pamiętajcie, że zbytnia ufność nie popłaca...

     Przedstawienie świata w taki sposób, w jaki zrobił to Wolff kompletnie mnie zdziwiło. Tutaj akcja nie zwalnia, cały czas w tle słychać wystrzały z broni czy jęki rannych. Dodatkowo kto by pomyślał, że tak śmieszny kraj jak Polska może cokolwiek osiągnąć? A tu proszę, doskonały pomysł, aby stać się potęgą i połączyć siły zbrojne z rozpadającą się Ameryką. NATO traci rację bytu, a Polska piętrzy się ponad głowami Europejczyków. 

     Wydarzenia rozgrywają się, tak jak mówiłam, w różnych częściach świata - dotykamy sporów na lądzie, powietrzu i pomiędzy okrętami. Istna mieszaka wybuchowa, która spędza sen z powiek i szepcze "Czytaj mnie dalej, panie." Brakowało mi jednak trochę bardziej rozbudowanej akcji w centrum epidemii czy głębszego opisu. Uwielbiam tematy, które skupiają się wokół tychże tematów, a w tej pozycji czułam lekki niedosyt. Ale spokojnie, nie wszystko stracone! Poczekajcie na zakończenie, które zetnie was z nóg. 

Źródło
     Pomimo tego, że lektura mówi o (nie)pewnej przyszłości, trzeba mieć jakąś wiedzę na temat wojny/militariów i umiejętność łączenia faktów. Nie zawsze jest wskazane prosto, że czołg wyjeżdża zza rogu i atakują bohaterów z karabinów, a zasypywani jesteśmy nazwami. Leopardy, cekaemy, Blackhawky - dzieje się, oj dzieje. 

     Mimo tego, że to lektura dla bardziej obeznanych czytelników, warto po nią sięgnąć i zobaczyć jedną z kilkuset wersji rozwijania się obecnego świata. Każdy wie, że jakoś się skończy, ale nikt nie jest wstanie powiedzieć jak i dlaczego. Zobaczcie jak dwa państwa próbują ze sobą konkurować, a Rambo w trzech wcieleniach wtapia się w krąg ludzi żyjących na południu.

Za pokazania świata od innej strony dziękuję: Wydawnictwo WarBook

poniedziałek, 3 lipca 2017

[PRZEDPREMIEROWO] "Światło, które utraciliśmy"

Tytuł: Światło, które utraciliśmy
Autor: Jill Santopolo
Liczba stron: 351

Data wydania: 5 lipca 2017


"Niekiedy podejmujemy decyzje, które wydają się nam słuszne, ale później, z perspektywy czasu, uznajemy je za błędne. Inne nawet po wielu latach wciąż uważamy za trafne."

Ludzkie życie polega na podejmowaniu decyzji - ciągle tak postępujemy, a jest to rzecz często nieodwracalna. Kiedy dorastamy, zastanawiamy się nad naszymi wyborami, świadomymi lub nie. Czasami zdajemy sobie sprawę, że gdybyśmy postąpili inaczej, wszystko byłoby inne. Jednak nigdy nie zmądrzejemy i będziemy popełniać błędy... 


     11 września 2001roku - ten dzień pozostanie w pamięci każdego człowieka. To właśnie w ten tragiczny dzień, kiedy wieże WTC runęły, Gabe i Lucy zauważyli, że życie jest za bardzo delikatne, aby pozostać nudnym, szarym człowiekiem bez pasji. Po cudownych nocach i szerokich planach na przyszłość, Gabe postanawia wyjechać w poszukiwaniu inspiracji do miejsca, gdzie giną miliony ludzi. Jednak pozostawiona przez niego Lucy nadal trwała, jako wieczna muza...

Źródło
     Ta, z pozoru, schematyczna i przewidywalna książka kryje w sobie morze pytań, jak i łez. Pokazuje, że pomimo upływu czasu, niektóre wydarzenia pozostają w naszej pamięci i krążą po umyśle, nie dając duszy odpoczynku. Lucy i Gabe - na pozór idealna para, jednak wytwarzają w czytelniku burze uczuć, zresztą w sobie też. Ich historia pozostaje w pamięci na długo, dając przykład prawdziwej miłości. Czy wszystko jest takie proste, jak może się wydawać?

     Kiedy Gabe wyjeżdża na nieznany okres czasu, Lucy pozostaje w swoim ukochanym Nowym Jorku. Nie może jeść gofrów, które zawsze kupowała z ukochanym, nie chodzi do parku i "ich" restauracji. Zapomina o bożym świecie i nie może wytrzymać ze swoją psychiką. Aż w końcu spotyka kogoś, kto diametralnie zmienia jej życie i pokazuje, że niektóry potrafią spełniać nasze najskrytsze marzenia, lecz nie zatrą śladu po kimś, kto wgryzł się w serce. 

     Narratorką książki jest Lucy i zwraca się wprost do Gabriela. Opisuje mu wszystko co działo się od czasu, kiedy pierwszy ich serca zabiły we wspólnym rytmie. Zwraca uwagę na ważne szczegóły i emocje, które w niej zbierała jego obecność. Patrząc na ten aspekt, widzimy małe podobieństwo do Confess, gdzie książka była złożona z wielu wyznań. Tutaj jest to w mniejszej ilości, ale zawsze to coś, co podbije nasze serca. Pomimo takich opisów, nie znajdziemy wydarzeń "zbędnych", niepasujących do całej układanki. Wkłada w opowieść całą siebie dodając historii dodatkowego prawdopodobieństwa. Cała Ameryka oddycha ich powietrzem. 

     Każdy człowiek chce spełniać swoje marzenia, chociaż często są one nierealne. Światło, które utraciliśmy pokazuje ich siłę w różnych aspektach. Raz są to prośby błahe, przyziemne, związane z sercem, a raz wyimaginowane - typowe zachcianki. Wszystko dzieli się na pół i widać jak bardzo ludzie wpływają na nasze życie. Sądzę, że ta wzruszająca historia warta jest wszystkiego. Tak samo, jak miłość dwojga ludzi. 

Źródło
     Po lekturze skłonni jesteśmy do wielu refleksji - na temat swojego życia, jak i egzystencji innych, bliskich nam osób. Książka naucza, bawi, wzrusza i pokazuje wydarzenia zwykłych ludzi, których historia zaczęła się od masakrycznego wydarzenia, wstrząsającego sercami milionów istot na całym świecie. 

     Krótkie rozdziały, prostota i przesłanie, to na pewno słowa charakteryzujące tę pozycję. Jednak nie tylko to sprawia, że jest cudowna. Znajdujemy w niej wiele cytatów, które pasują do momentu - płyną one z ust Lucy i Gabe. Cytują oni chociażby ukochanego Shakespeare. Ta romantyczna historia z nutą dramatu nie da wam ukojenia na długo, tak samo jak wydarzenia wpływające na życie Luce. Znajdziecie w niej ciepło rodzinne, zaufanie, kłamstwo, zdradę i światło, które można utracić.

Za poznanie tej cudownej historii, dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

sobota, 1 lipca 2017

"Z lajkomierza Fryderyki"

Tytuł: Z lajkomierza Fryderyki
Autor: Agnieszka Tyszka
Liczba stron: 146
Data wydania: 2017


"Tkajcie swe gobeliny... Niech nie braknie wam nigdy odwagi - tej drogocennej włóczki, której mocne sploty potrafią przetrwać niejedną nawałnicę."



Dziś nieco filozoficznie...






     Fryderyka i jej lajkomierz, to nic innego niż historia młodej blogerki, która wyjechała na wieś. Jej macocha, nazywana często Batmatką, całe dnie spędza w ogrodzie lub u gacków. Fika z mnóstwem wolnego czasu, poszukuje nowych stylizacji, a przy okazji rozwiązuje zagadkę Agaty i okolicznego cmentarza. Usiądźcie na łące w wianku z polnych kwiatów i zaczytajcie się w tę wiejską historię - nie tak oczywistą, jak może się wydawać.

Źródło
     Może nie uwierzycie jak trudno mi było zrozumieć sens i przesłanie tej książki... Szukałam w niej logicznego połączenia wydarzeń w fabule - mimo tego, że jakby nie patrzeć, autorka jest specjalistą do spraw lektur dla młodszych czytelników. Zrozumienie w moim przypadku szło bardzo topornie, aż w końcu mój umysł się rozjaśnił i nastał długo oczekiwany exodus.

     Naszą główną bohaterką jest Fryderyka, mieszkająca od niedawna w starym, zrujnowanym pałacu. Jest to dziecko XXIw prowadzące bloga i walczące o chwilę wybicia z tłumu bogatych koleżanek. Dnie spędza na pomocy pasierbicy i szukaniu nowych pomysłów na stylizacje modowe, które z czasem rosną w siłę i dają jej większy rozgłos. A wydawało się, że życie w dziurze zabitej dechami jest takie nudne...

     Książka kryje tajemnicę pewnego cmentarza, a dokładniej grobu... Mamy tutaj smaczek dla miłośników wątku historycznego. Za magiczną kulą i bramą do olśniewającej oranżerii, dzieją się dziwne wydarzenia, które swoje korzenie mają jeszcze kilkadziesiąt lat przed rozgrywającą się aktualnie akcją. Ten aspekt bardzo mnie zainteresował, gdyż w późniejszym czasie pojawia się pewna starsza pani - Ulrike - i to ona daje nam dodatkowe informacje w związku z małą miejscowością. Jak rozwiną się te relacje polsko-niemieckie?

     Wracając do tajemniczego przesłania - zacznijmy od początku, wróćmy do lekcji polskiego i złotej myśli na początku wpisu... Metaforycznie można uznać, że chodzi tutaj o porównanie życia do tkania gobelinów. Gobeliny, jak to pewnie wiadomo, są z czegoś utkane. Należy jak najwięcej zapamiętywać z naszego ulotnego życia i pokazywać to następnym pokoleniom - właśnie przez nić egzystencjalną, cechującą się ogromną trwałością. Fryderyka, jak wcześniej mówiłam, prowadzi bloga. Co prawda jest on o modzie, ale pokazuje obecne trendy i miejsce, gdzie mieszka. Ulrike również podtrzymuje rodzinne tradycje i dzieli się tym z innymi. Oczywiście takich przykładów może być więcej...

Źródło
     Pokazywanie wydarzeń rozgrywających się wokół trzech różnych bohaterów jest bardzo trafne. W jednej chwili widzimy co robi Fryderyka, a w drugiej poznajemy zwyczaje i rodzinę starszej Pani. Postacie są przyjazne czytelnikowi i nie da się ich nie lubić.

     Z lajkomierza Fryderyki to dość lekka książka dla młodszych czytelników. Opowiada historię dziewczyny, która żyje w naszych czasach, jednak w trochę innym środowisku. W otoczeniu, które dla wielu z nas nie jest znane. Są w niej pewnego rodzaju przygody, duchy i wieczne rozmyślania Fryderyki. Sądzę, że aby nie wpaść w filozofie, należy czytać ją jako oderwane od całości opowieści o życiu na wsi i wspomnieniach, które nigdy nie odchodzą...

|konkurs|
Za pobudzenie szarych komórek i rozmyślanie nad przesłaniem, dziękuję Wydawnictwu Akapit Press

środa, 28 czerwca 2017

Piekielny czerwiec

Czerwiec był miesiącem bardzo obfitym, jeżeli chodzi o nowe książki - możecie je ujrzeć pod koniec wpisu. Zaczęły się wakacje, więc to oznacza jeszcze więcej czasu na lektury. Ile udało Wam się przeczytać w czerwcu? Przypominam także o konkursie zakładkowym na Facebooku.

Przeczytane:
-Confess - 300 stron
-Gdzie żyją demony? - 181 stron
-Zły jednorożec - 427 stron
-Alvethor. Białe miejsce - 284 strony
-Z lajkomierza Fryderyki - 146 stron

RAZEM: 1338 stron

Król Piekieł:

Lekka, trochę brutalna książka dla młodszych, i nie tylko, czytelników. Jednorożec zmienił się diametralnie i zamiast wesoło brykać po tęczy, zjada zwierzęta i poluje na ludzi. Ta książka pokazała, że wszystko może mieć swoje przeciwieństwo, które kompletnie nie będzie pasowało do danej rzeczy. Zły jednorożec niszczy marzenia i wszystko, co urocze. Dosłownie. 

Nowe pozycje na półce:
Alvethor. Białe miejsce Magdalena Kałużyńska
Alvethor. Pandemia Małgorzata Kałużyńska
Metalowa burza Vladimir Wolff
Hydra Vladimir Wolff
Trzecia siła Vladimir Wolff
Zły jednorożec Platte F. Clark
Potworna MarcyKate Connolly
Gdzie żyją demony? Frater U. D. 
Z lajkomierza Fryderyki Agnieszka Tyszka
Confess Colleen Hoover

sobota, 24 czerwca 2017

"Alvethor. Białe miejsce"

Tytuł: Alvethor. Białe miejsce
Autor: Magdalena Kałużyńska
Liczba stron: 284
Data wydania: 24 listopada 2014

"Idąc tym korytarzem, nie patrz pod nogi, bo sufit jest i ściany, lecz nie ma podłogi..."

Totalna psychoza, chociaż bez pomocy jakichkolwiek leków psychotropowych. Omamy - nie tylko słuchowe, ale i wzrokowe. Tak bardzo kusi spojrzeć w dół. Chociaż delikatnie. Kontem oka. Jedną gałką, drugą. Czarna dziura i ciemność... Gdzie jest podłoga, czy my spadamy...?

                     OSTRZEŻENIE: Dziś będzie bardzo brutalnie, dosadnie i rozwlekle.

     Każdy z nas żyje w białym miejscu - bardziej lub mniej stąpając po ziemi. Jednak kiedy nadchodzi chwila zagrożenia, strażnicy biją o alarm i wyznaczają nowych rekrutów, broniących czterowymiarową przestrzeń. Używają tego, co mają pod ręką. Próbują walczyć z nieznanymi i niezidentyfikowanymi istotami - rezydentami. Każdy może być zagrożony, nikt nie jest bezpieczny. 

Źródło
     Czego oczekiwałam, sięgając po tę książkę? Horroru rodem spod pióra Kinga, który zostaje w pamięci na długo i straszy na każdej stronie. A co dostałam? Potok krwi, wnętrzności i niezrozumiałych słów. Czym jest ta cholerna "Kwantyfikacja tezy" i inne twierdzenia rodem z encyklopedii? - to pytanie siedziało mi w głowie dość długo, aż w końcu kompletnie nasączyło się czarną breją, która zawierała DNA gatunków dawno wymarłych. I nagle wszystko zyskało sens.

     Alvethor to pozycja bardzo przemyślana i dopracowana. Ani nie jest zbyt przesadzona (chociaż momentami miałam takie przeczucie), ani niczego jej nie brakuje. Wydarzenia w niej opisane, kiedy przykładowo fryzjer zabijał nożyczkami przechodnia, gdyż "śmierdział", nie były straszne, ale wręcz OHYDNE. W moim przypadku morderstwa to temat rzeka, ale w tym wypadku kompletnie wyżarło mi to mózg. Chwilowo żołądek żądał przerwy i krzyczał, że zaraz zwróci to, co pochłonął dwie godziny wcześniej. Autorko, jak ty to robisz, że nawet najwytrwalsi czytelnicy potrafią się zawahać, czy czytać następne zdanie?

     Wszystko zaczyna się bardzo "smacznie" i interesująco. Mężczyzna w postrzępionych ubraniach podpala się w bogatym apartamencie ze starych magazynów, siedząc na górze śmieci z mieszkania. Podarte papiery, porąbane drzwi, biurko i... nowa zagadka dla patologów. Istota-rezydent czyha na każdym rogu, by znaleźć sobie nową ofiarę. Raz objawia się z głową rekina, raz z ogonem krokodyla. Zasadnicze pytanie - skąd one się biorą i jakie są ich zamiary? Wszystko wychodzi w praniu, cierpliwości. 

     Jednym z rekrutów jest ów fryzjer z nożyczkami w ręku. Trafia do szpitala psychiatrycznego, który specjalizuje się w dziwnych i niespotykanych przypadkach. W takich chorych przypadkach obraca się dyrektor Łazarz, zwany przez rekruta człowiekiem-łazarzem. Bardzo podobał mi się ten pomysł ze szpitalem, izolatką i kostnicą. W rozmowie z chorym i lekarzem można wyciągnąć wiele informacji, które rozwiewają mgłę na umyśle. 

     Realności tej pozycji dodaje fakt, że prawdziwi, żywi ludzie udzielili swoich nazwisk, aby autorka mogła przedstawić ich w powieści. Czy byli zadowoleni z efektów, które uzyskano? Czy przeżyją wraz z dziwnym głosem, który każe im zabijać i niszczyć potencjalne zagrożenie, które wyczują? (Zmysł węchu przypomina tutaj trochę motyw z Pachnidła, jednak w tym przypadku opisanie jest to dużo lepiej.)

Źródło
     Książka jest dla bardzo cierpliwych czytelników o mocnych nerwach. Nie prześpicie niejednej nocy, a ściany i przechodnie okażą się waszym największym koszmarem. Minusem, który odrobinę mi przeszkadzał, kiedy próbowałam się "rozkręcić", to dość długie, obszerne rozdziały. Ale jak wiadomo, wszystkim nie da się dogodzić. Prócz tego, wymaga ona ogromnego skupienia, a to wszystko z racji licznych wspomnień, które mylą się z teraźniejszością. Można by to jakoś inaczej rozmieścić.

     Kałużyńska pokazała, że kobieta też umie napisać coś sensownego i opływającego krwią. Idealnie wpasowuje się w termin "horror", dynamizuje dialogami oraz ciekawymi wydarzeniami, które wymagają pewnego logicznego myślenia. Kończy się niespodziewanie, czuć lekki niedosyt, który każe od razu zabrać się za kolejną część. A jej recenzja już niedługo na blogu.

Za kąpiel w krwawej brei dziękuję Wydawnictwu Oficynka
Zdjęcia pochodzą z sesji promocyjnej kontynuacji powyższej powieści.