poniedziałek, 14 sierpnia 2017

[PRZEDPREMIEROWO] "Zaklinacz ognia"

Tytuł: Zaklinacz ognia
Seria: Starcie królestw (I)
Autor: Cinda Williams Chima
Liczba stron: 476
Data wydania: 17 sierpnia 2017 

"Miłość jest tylko pułapką, która łamie ludzkie serca."

Chcąc nie chcąc, zostaliśmy złapani w brutalne sieci życia. Każdemu z nas zdarzyło się chodź raz złamać komuś serce. Czy to specjalnie, czy przeciwnie. Doskonale sprawdzamy się w sprawach kamuflażu pułapek zostawionych przez nas samych...


     Adrian, nazywany również Ashem, to piekielnie zdolny syn Wielkiego Maga. Po śmierci ojca, wyrusza w podróż, aby stawić czoło złu, które zabiło najbliższych. Jego młody wiek niszczy bariery możliwości i staje się jednym z najbardziej szanowanych uzdrowicieli na dworze króla - zaczynając od pracy w stajni. Na drodze staje mu tajemnicza dziewczyna, obdarzona magicznym znamieniem, które, jak sama mówi, przynosi nieszczęście w jej życiu. Ich ścieżki się spotykają, ale czy będzie to właściwy krok?

Źródło
     Ta książka ogromnie mnie intrygowała, kiedy pierwszy raz zobaczyłam jej okładkę. Wiecie. Płomienie, ogień, zaklinacz, może jakieś demony w gratisie i to, co obiecywały reklamy - smoki. Czy może być coś lepszego dla osoby, której blog nosi wdzięczną nazwę Książki w Piekle? I tak, intrygowała mnie, póki nie zaczęłam jej czytać i nie poznałam historii, którą skrywała. Oto cała prawda o tym, co znajdziemy w środku.

     Pomysł był, ale gorzej z wykonaniem. Szczerze mówiąc, po opisie i początku spodziewałam się czegoś więcej. Miotania ogniem, zwrotów akcji, fantastycznych zwierząt i dużo więcej magii. Autorka skupiła się w dużej mierze na ukazaniu sytuacji politycznej królestw, której, szczerze mówiąc, w ogóle nie mogłam rozgryźć. Niby ktoś z kimś walczył, ale z kim i dlaczego? Jak dla mnie powieść tego typu musi głównie skupiać się na świecie przedstawionym - na polityce też, ale nie każdy lubi - bohaterach i ich charakterach, umiejętnościach.  A tutaj tego mi zabrakło, dość duży niedosyt.

     Ash to dość specyficzny bohater, mówiąc pozytywnie. Jest młodszy ode mnie i pewnie większości czytelników, ale za to diabelnie uzdolniony.  Może był często niezdecydowany, ale umiał oddać się swojej pasji - uzdrawianiu ludzi i zwierząt - i dostać za to nagrodę, chociaż nie był zachłanny. Miał swój cel i tego się trzymał. Poznając Jenne, dziewczynę pracującą kiedyś w kopalni, o włosach raz rudych, raz czerwonych, a raz miedzianych (czy to światło tak działało, że jej włosy zmieniały kolor?), umiał zachować trzeźwy umysł. Ich romans bardzo mi się podobał, aczkolwiek Jenna była tutaj osobą, która zbyt mocno ulegała emocjom i potrafiła rzucić się na Asha, kiedy za drzwiami komnaty stał cały rój straży. Cóż, w wieku szesnastu lat bardzo otwarcie zachowywała się wobec swojej seksualności. Miała zadatki na dobrą bohaterkę, ale autorka tego nie przejrzała. Zbyt mało informacji, a postać na okładce, która miała być nią, w ogóle jej nie przypomina... (ale prezentuje się dobrze)

     Pozytywnie zaskoczyły mnie rozmyślenia bohaterów, sięgające trochę kontemplacji własnego życia i uczuć, które się w nich kotłowały. Mimo wszystko głównie skupiały się na kwitnącej miłości, a nie politycznych zagwozdkach. Nie były zbyt mocno przesłodzone, ale miło się je czytało. Niedługo na blogu pojawi się umarły od jakiegoś czasu wpis z cytatami, więc będziecie mogli sami ocenić.

Źródło
     Ta pozycja ma wiele niedociągnięć, czytelnik spodziewa się dużo większych emocji, niż tam zostaje. Plus jest taki, że Zaklinacza czyta się bardzo szybko. Autorka pisze lekko, wplata magię (oczywiście dla mnie i tak zbyt mało) i trochę żartów. Potencjał zmarnowany, chociaż wydawało się, że będzie znakomicie. Smok, który był tak bardzo reklamowany, wpleciony został dość minimalnie. Tutaj mogło być lepiej.

     Jeżeli szukacie czegoś BARDZO lekkiego, gdzie nie będziecie musieli zbytnio łączyć faktów, pobawić się magicznym amuletem i poznać Asha, który potajemnie spotyka się z niewyżytą nastolatką, to jest coś dla was. Sam główny wątek książki jest mi nieznany, zbyt dużo się działo (chociaż tak na prawdę nic się nie działo). Bardzo ładnie prezentuje się na półce, a jeżeli macie niedosyt po tej recenzji to zapraszam was do Kasi. Znajdziecie u niej bardziej niekulturalną opinię, która streszcza tę pozycję idealnie, a dodatkowo zwraca uwagę na szatę graficzną. Mój numer jeden!

Za poznanie historii z królestwa dziękuję: Wydawnictwo Otwarte

piątek, 11 sierpnia 2017

"13 powodów"

Tytuł: 13 powodów
Autor: Jay Asher
Liczba stron: 272
Data wydania: 28 marca 2017

"Rozczarowanie. Jedno z najgorszych uczuć."

Kiedy ostatni raz kogoś zawiodłeś? Nie ma dnia, abyśmy nie rozczarowali jakiejś osoby. Nie ma znaczenia,bliskiej znajomej,a może zwykłego przechodnia na ulicy, któremu jednym gestem zepsuliśmy dzień. Zawsze borykamy się z tym zjawiskiem.Odczuwamy je albo na własnej skórze, albo to my jesteśmy źródłem.Nie możemy jednoznacznie stwierdzić, kiedy dokładnie nasze zachowanie może wpić się w życie drugiego człowieka i sprawić,że już nigdy tak samo nie spojrzy na świat. 

     Twoja znajoma ze szkoły, z którą łączyło Cię coś więcej niż przelotne "Cześć", pozostawia po sobie tajemnicze kasety, na których widnieje Twoje imię. Trzynaście powodów tłumaczących, dlaczego się zabiła. Trzynaście powodów, trzynaście stron i trzynaście różnych osób, które łączyło jedno - niewyjaśniona śmierć. Jak sobie poradzisz z tym, że znajdujesz się na liście? Co zrobisz, kiedy pod drzwiami znajdziesz pudełko z kasetami? Już nigdy nie będziesz taki sam, uwierz. 

Źródło
     Kto chociaż raz nie słyszał o Trzynastu powodach, czy to w formie papierowej czy na ekranie? Albo kto nie widział chociaż jednego żartu o Hannah Baker? Skuszona fenomenem serialu postanowiłam w końcu przeczytać książkę, której opinie są podzielone po równo. Jednym się podoba, dla innych to zwyczajny chłam, który podoba się nastolatkom i nakłania do popełnienia samobójstwa. Jakie są jednak moje odczucia? Sam pomysł nie był zły. Wykonanie na pewno zajęło autorowi dość dużo czasu, ze względu na kasety, czyli monolog wewnętrzny Hannah oraz ukazanie świata oczami Clay'a - jednego z bohaterów, który otrzymuje kasety po śmierci znajomej. Bo jak pewnie zdążyliście zauważyć, tajemnicze pudełko podróżuje po różnych osobach i pokazuje, że to oni są jednym z powodów, dlaczego odebrała sobie życie.

     Bohaterowie sami w sobie byli jacyś bezpłciowi. Hannah wydaje się bardzo dziecinną kobietką, która przejmuje się wszystkimi sprawami. Można twierdzić, że szukała tylko pretekstu, aby się zabić i jakoś to "uatrakcyjnić" na siłę. Z drugiej zaś strony bardzo ładnie ubrała to w słowa, wylewając całe swoje żale do ludzi, którzy przyczynili się do jej nieszczęścia. Widząc śmierć drugiego człowieka nawet nie przychodzi nam na myśl, że to właśnie my znaleźliśmy się na liście osób powodujących efekt śnieżnej kuli. Pozwoliła na to, aby w ludziach obudziło się poczucie winy i często niszczyło ich to od środka.

     Bardzo podobało mi się przeplatanie poezji między tą dramatyczną historię. Hannah wspominała jak ją rozumie i w jaki sposób w ogóle do niej dotarła. W środku znajdziemy nawet kilka jej autorskich wierszy, z których każdy ma swoją oddzielną genezę, ale nikt nie zauważył o czym tak na prawdę są. Ta książka daje do myślenia. Pokazuje, że należy zwracać uwagę na niepokojące zjawiska u drugiego człowieka. Bo właśnie to podkreśla treść Trzynastu powodów. To, w jaki sposób zmieniają się ludzi nękani czarnymi myślami i co robią z życiem, które kiedyś było kolorowe.

Źródło
     Książka pokazuje motyw samobójstwa od innej strony. Nie ukazuje wprost, że człowiekowi było trudno i odebrał sobie życie, a poetyzuje całe wydarzenie. Mówi o uczuciach otwarcie, zwraca się wielokrotnie do bohaterów, a sam czytelnik zaczyna mieć mętlik w głowie, czy aby na pewno dobrze obchodzi się z ludźmi. Bo mimo wszystko kontakty międzyludzkie są trudne do opanowania...

     Możecie sądzić o tej pozycji cokolwiek wam się podoba. Mogą irytować was dziecinni bohaterowie, chemia łącząca dwoje ludzi, która niestety nie doszła do skutku i to, co dzieje się w umysłach innych. Mimo wszystko zwróćcie uwagę na drugie dno tej dziwnej pozycji, którego nie potrafią wszyscy odkryć.

Wydawnictwo: Rebis

niedziela, 6 sierpnia 2017

Deathgasm → Brutalność nie zna granic

Tytuł: Deathgasm
Reżyseria: Jason Howden
Premiera: 14 marca 2015
Gatunek: horror/komedia
Główna obsada:
-Brodie: Milo Cawthorne
-Zakk: James Blake
-Medina: Kimberley Crossman
Długość filmu: 86 minut 



"Opętane ciała będą zabijać, by przygotować świat na przyjście demona, w godzinę szatana."





     Po umieszczeniu matki w szpitalu, Brodie wprowadza się do katolickiej rodziny wujka. Jako fan metalu nękany jest przez uczniów i kuzyna Davida, z którym dzieli dom. Mimo nienawiści do nowej rodziny, wraz z nowo poznanym metalem - Zakkiem - i dwoma szkolnymi kujonami, zakłada garażowy zespół Deathgasm. Kiedy wraz z Zakkiem włamuje się do opuszczonego domu, znajduje tam jednego z legendarnych, kontrowersyjnych muzyków, Rickiego Daggersa. Otrzymują oni w obliczu śmierci tajemnicze, stare kartki, których strzegł Daggers - nuty. Grając brutalną muzykę, nieświadomie przyzywają króla demonów, który opętał ciała mieszkańców, szykując ich na swoje przybycie...

Źródło
     Ten film to gratka dla fanów ciężkiej muzyki. Znajdziecie w niej wszystko, co was interesuje. Gitary, karwasze, ćwieki, brutalność, demony, a nawet corpse paint (dla niepoinformowanych, jest to czarno-biały makijaż, charakteryzujący głównie miłośników black metalu; często kojarzony z pandą). Twórcy filmu idealnie dobrali aktorów, którzy wczuwają się co do kropelki w swoje role i biegają po lasach, śpiewając i grając na gitarach - co często określa się jako "darcie ryja" (growlowanie). Soundtrucki, czyli przyjaciele większości scen, to przykładowo Elm Street, Pathology, Bulletbelt czy Emperor. Na ścianach znajdziemy plakaty Trivium, Kreatora, Canibal Corpse i innych cięższych zespołów. Każdy znajdzie coś dla siebie.

     Jako fanka metalu, często określana jestem jako satanistka, która na pewno nocami składa ofiary z kotów, śpiąc z zapalonymi świeczkami i pentagramami wokół łóżka. Twórcy filmu zwrócili uwagę na mylne stwierdzenia, że każda osoba lubiąca się w heavy metalu (jak Brodie), jest od razu demonicznym blackmetalem, słuchających satanistycznych zespołów - no i oczywiście wzywającym samego pana piekieł, co często mija się z prawdą w prawdziwym życiu. 

     Pomimo tego, że jest to horror, - walka z demonami, które zapanowały ciałami mieszkańców - gdzie bohaterowie oblepieni są krwią i flaki wylewają się z ludzi, ma też w sobie coś z komedii. Znajdziemy wiele scen, gdzie postacie żartują z życia, robią szalone rzeczy i słuchają razem muzyki. Jednak nie są to żarty dla wszystkich, a tak zwany czarny humor, gdzie żartuje się z różnych dziwnych zjawisk.

     Zabawne jest to, jak bardzo zmienia się jedna z cukierkowych bohaterów, blondynka Medina. Ku zdziwieniu widza, jako fanka popu i delikatności, staje się coraz bardziej wyrazistą postacią. Zakochuje się w głównym metalu i towarzyszu mu do samego końca, walcząc z zombie za pomocą siekiery, zabawek erotycznych i piły mechanicznej. To chyba jeden z najzabawniejszych aspektów filmu, nie licząc randki Mediny z pandą - Brodim w corpse paintcie. 

Źródło
     Nie można opisać w jednym zdaniu głównej problematyki filmu. Z jednej strony jest to walczenie z demonem, ale z drugiej zbyt dużo się dzieje, aby to stwierdzić. Niezaprzeczalnie jest to jeden z brutalniejszych, ale i zabawnych historii, jakie udało mi się obejrzeć. Deathgasm, z tym się może zgodzić większość osób, jest skierowany głównie dla fanów ciężkich brzmień, którzy chcą posłuchać razem z bohaterami metalowych kawałków i pośmiać się z czarnych żartów, ubranych na czarno i w skóry facetów. 

     Czy warto obejrzeć? Podpisuję się pod tym filmem dwoma rękoma. Jest metal, są demony, ładni bohaterowie (nie śmiem tego pominąć), żarty i krew, która leje się po postaciach. Jeżeli szukacie ciekawej historii, która może opowiadać o was samych, obejrzyjcie. 

czwartek, 3 sierpnia 2017

Piekielny lipiec

Minęła połowa wakacji, niedługo znów zmierzymy się ze szkolną codziennością. Napędzona "letnią" pogodą, przez chwilę myślałam nad tym, aby zrezygnować z podsumowań miesiąc, ewentualnie trochę to dopracować, zmienić czas, wygląd, zagadnienia. Jednak jest to część mnie, którą lubię pilnować i skrupulatnie podsumowywać. Piekielne miesiące nadal pozostają na moim blogu.

Przeczytane: 
-Metalowa burza - 441 stron
-Alvethor. Pandemia - 290 stron
-Hydra - 425 stron
-Potworna - 415 stron
-Sobowtór - 310 stron

RAZEM: 2232 strony 

Król Piekieł:
 
Zdziwiłam się spisując liczbę pozycji, które przeczytałam w lipcu. Tym razem postanowiłam nagrodzić pozycję, którą dostałam przedpremierowo od Wydawnictwa Otwarte. Książka różni się od innych, chociaż przypomina delikatnie Confess. Bardzo podobał mi się pomysł narracji, która opisywała wspomnienia bohaterów. Autorka swoim debiutanckim dziełem podbiła serca czytelników, zwracając uwagę na motyw przemijania i szanowania drugiego człowieka.

Nowe pozycje na półce:
Sobowtór Ewa Karwan-Jastrzębska
Mikołaj i dziewczyna z gwiazd Sergiusz Pinkwart
Czarna samica kruka Dariusz Pawłowski
Mleko i miód Rapi Kaur

wtorek, 1 sierpnia 2017

"Sobowtór"

Tytuł: Sobowtór
Autor: Ewa Karwan-Jastrzębska
Liczba stron: 310
Data wydania: 2017


"Kłamstwo wielokrotnie powtarzane staje się prawdą, choćby nie wiem, jak bardzo było absurdalne. "


Kłamstwo - wypowiedź zawierająca informacje niezgodne z przekonaniem o stanie faktycznym. Raz prościej jest nam odnaleźć nieautentyczne informacje, a raz nie, ale po dłuższym czasie wmawiania tego komuś, wszystko staje się w naszym umyśle najprawdziwszą prawdą. Manipulacja umysłem jest rzeczą trudną, ale łatwo przyswajalną. 

     Zuzanna to buntownicza, rudowłosa artystka. Jako nastolatka w jednej z  warszawskiej szkół, lubi imprezować i spotykać się z przyjaciółmi. Jednak po pojawieniu się Michała w progu liceum, jej życie nabiera innej barwy. Tajemniczy chłopak, miłośnik kultury Kraju Kwitnącej Wiśni i anime, zakochuje się w Zuzannie, ukrywając przed nią jej sobowtóra - dziewczyny, z którą Michał zawiesił związek. Żadna nie wie o swoim istnieniu, a obie zabójczo przypominają jedną z jego najukochańszych bohaterek mangi, Asukę. Czy rozdane przez Michała karty podtrzymają związek z Zuzanną? 

Źródło
     Każdy z nas chociaż przez chwilę myślał o swoim sobowtórze. Czy on w ogóle istnieje? Jak bardzo nas przypomina? A co, jeśli naszym sobowtórem jest fikcyjna postać? Zuzanna, czyli rudowłosa piękność Michała, nie była szczęśliwa ze swoich klonów. Obwiana nutą tajemniczości żyła w przeświadczeniu, że pomimo obsesji chłopaka, jest jedyna w swoim rodzaju. Jednak on z tego nie wyrósł, tylko do końca szukał tej jednej, upragnionej Asuki. Motyw sobowtórów w tej książce jest bardzo zauważalny, a przy samej końcówce zadziwia czytelnika w taki sposób, że potrafi przez chwilę siedzieć w zadumie z krążącym pytaniem - CO TU SIĘ STAŁO? Warto doczytać do końca.

     Akcja rozgrywa się dość lekko, mogłabym rzec, standardowo i ciekawie. Poznajemy bohaterkę, jej stosunki do uczuć i rzeczy natury egzystencjalnej, a później przychodzi miłość z japońskimi bajkami w tle. Oryginalny pomysł, porywający fanów anime. Prócz tego, książka, jak i bohaterowie, są bardzo umuzykalnieni. Michał gra na gitarze, śpiewa utwory z Upiora w operze i wymienia spostrzeżenia na temat Nirvany (nie śmiem nie dodać, że Kurt w tle bardzo mi się podobał) z dziewczyną, bo tak właśnie ją podrywa. (Ups, trochę za dużo informacji?). Michał jest wręcz chłopakiem idealnym, uczuciowym i kochanym, więc nie można się powstrzymać od pokazania jego dobrej strony - prócz tego, że jest strasznie niezdecydowany.

     Książki młodzieżowe, tym bardziej te lekkie i prowadzące do zawrotów głowy, chodzą tropem tych samych schematów. W przypadku fabuły Sobowtóra, autorka odnosiła się ostrożnie do innych pozycji, a wręcz od nich stroniła. Mamy tutaj co prawda historię miłość, która uczy szacunku do innego człowieka oraz niepohamowanej żądzy kobiety idealnej, ale jest to o wiele bardziej oryginalny pomysł. Nie jest to typowa młodzieżówka, mimo wszystko.

Źródło
     Zakończenie ogromnie zaskakuje. Pojawia się jeszcze więcej sobowtórów, a Michał zażarcie walczy o to, co w sobie rozkochał. Dorasta w mgnieniu oka, pozostawiając na dnie szuflady kobietę idealną. Widać jak bohaterowie się zmieniają, co robią, o czym myślą i kto jest ich przyjacielem, a kto wrogiem.

     Sobowtór to lekka pozycja na wakacyjne wieczory. Fabuła, ukazana oczami różnych bohaterów (przeważająca liczba Zuzanny i Michała), bardzo ciekawi i pozwala na ujrzenie różnic między myślami i charakterami postaci. Zobaczcie sami jak powstawały sobowtóry, a Michał niezaprzeczalnie tracił dla nich głowę.

Za historię z kwitnącą wiśnią w tle, dziękuję: Wydawnictwo Akapit Press

sobota, 29 lipca 2017

Z niewyobrażalnie pojemnej czeluści... Wywiad - Magdalena Kałużyńska

Magdalena Maria Kałużyńska - kobieta idealna, niosąca za sobą grozę i fanów krwawych historii. Może ludzie nie uważają jej książek za dzieła godne kobiety, ale jest sobą i chwalmy ją za to. Na koncie ma liczne publikacje : nie tylko w postaci powieści, ale i opowiadań w antologiach. Nie śpi z piłą mechaniczną, ale bójmy się - bo to dzięki niej nabawimy się nowych lęków. Przed Państwem mistrzyni grozy! 

Alvethor. Białe Miejsce 
Alvethor. Pandemia






1. Mogłabyś na samym początku powiedzieć coś o swojej osobie? Może zdradzisz jak poczułaś wenę do dzielenia się swoimi pomysłami i przelewania ich na papier?
Odkąd pamiętam miałam jakąś taką łatwość wymyślania niestworzonych opowieści, dużo też czytałam, coś tam nawet pisałam w tajemnicy przed całym światem, ale wenę do dzielenia się pomysłami i przelewania ich na papier poczułam dopiero po lekturze powieści Andre Norton pt. Kryształowy Gryf. Kiedy to było? Dawno. Miałam wtedy dziewiętnaście lat. Wtedy złapałam pisarskiego bakcyla.

2. Czy zdecydowałabyś się kiedyś na pisanie pod pseudonimem? Jeśli tak, miałabyś już jakiś pomysł? 
Zanim została wydana moja pierwsza książka ktoś zasugerował, żebym przyjęła męski pseudonim, ponieważ, cytuję "horroru napisanego przez kobietę nie będzie chciał nikt wydać", albo "horror napisany przez kobietę będzie niewiarygodny", "kobiece nazwisko nie pasuje do horroru", ewentualnie "pisarka horrorów nie mieści się w standardowym wizerunku porządnej kobiety". Albo ten ostatni cytat dotyczy tatuaży... Już nie pamiętam. Czasami trochę żałuję, że nie piszę pod pseudonimem, ale żałuję ze względów czysto egoistycznych - wydaje mi się, że pseudonim zapewniłby mi święty spokój. I nie, nie mam pomysłu na ksywę. Nie czułam potrzeby wymyślania jakiejś pasującej do mnie nazwy. Z drugiej strony patrząc - słyszałam, że u kilku kobiet przyczyniłam się do ujawnienia pisarskich inklinacji oraz ciągot do horroru, że stanowię coś w stylu motywatora oraz argumentu w dyskusjach o miejscu kobiety w literaturze oraz co powinny te kobiety pisać, czego nie powinny. Jak to kobiety w Polsce nie piszą horrorów, skoro Kałużyńska napisała! Koniec, kropka. Można? Można. dziwię się, niekiedy, że wciąż zdarza się opcja, żeby zniechęcić kobiety do realizowania literackich "niekobiecych" ciągot. Ale jak to śpiewał Czesław Niemen - dziwny jest ten świat. Pisząc pod pseudonimem tym motywatorem, raczej, bym nie była.


3. Skąd bierzesz/jak rodzą się tytuły Twoich dzieł?
Z tytułami bywa różnie. Sprawa jest, oczywiście, bardziej skomplikowana w przypadku powieści, niż opowiadań, wiadomo, że tekst tytuł mieć powinien. I ma. A kiedy wymyślam tytuł? Niekiedy do momentu skończenia pisania dzieło tytułu nie posiada... Tak było w przypadku mojego powieściowego debiutu. 

4. Jak powstała myśl napisania debiutu i co podkusiło Cię do zniszczenia tego, co stworzyłaś?
Debiut we mnie, mówiąc ogólnie, narastał i, przyznam, że z pisaniem mojej pierwszej powieści bywało różnie. Zaczęłam pisać tę powieść kilkanaście lat temu, ale... pisanie w pewnym momencie przerwałam. Pamiętam, że musiałam wtedy zrobić porządek w moim życiu, w tym wyprostować relacje tak zwane damsko-męskie. Nie było łatwo, ale dałam radę. Do mnie podkusiło do zniszczenia maszynopisu YMAR,  spalenia go, do skasowania plików tekstowych z komputera? Cóż. Nie ukrywam, że mam wybuchowy charakter. Ale prawdziwym powodem destrukcji była niemożliwość znalezienia wydawnictwa na tę powieść. Plus fala opinii, rad i komentarzy, które wtedy słyszałam - tego nikt nie wyda, daj sobie spokój, napisz coś dla bab, tylko nie horror, nie wydam książki, której nie rozumiem, może za granicami Polski, bo w Polsce to nie, trzy czwarte wyrzucić, z reszty skleić czytadełko, tak wydajemy polskiego mistrza fantasy, proszę się dostosować do rady redaktorki, bo inaczej nici ze współpracy, czy ze mną wszystko w porządku, co ja biorę, że takie posrane rzeczy piszę, żaden szanujący się wydawca tego nie wyda, wydamy - ale za pieniądze, prosimy wpłacić tyle-a-tyle na takie-a-takie konto, co to w ogóle jest, ale mam nasrane pod deklem, ten scenariusz nie trzyma ciągłości akcji, dziwne to jest i posiada błędy oraz bardzo dużo powtórzeń, nie zaryzykujemy, na rynku nie było odzewu, powieść nie spełnia oczekiwań, proszę pozmieniać, poprawić, ale nie gwarantujemy, i tak dalej i tak dalej. Prawdę mówiąc, miałam dosyć. Naprawdę. Rozpaliłam w kominku, otworzyłam drzwiczki, usiadłam, kolejno wrzucałam zmięte, zadrukowane kartki, patrzyłam jak zaczynają się palić, wrzucałam kolejne... Kiedy było już po wszystkim, usiadłam przed komputerem, odebrałam pocztę elektroniczną. I ze zdziwieniem stwierdziłam, że przyszedł mail, którego treść pamiętam do dzisiaj. Dzień dobry, zapoznaliśmy się z propozycją wydawniczą, chętnie wydamy, proszę o kontakt, pozdrawiam. Nie, nie musiałam tekstu przepisywać, czy odtwarzać z pamięci - pracowaliśmy na pliku, który dostał wydawca. Ale w pierwszej chwili nie uwierzyłam w tego maila, wystawiłam do laptopa środkowy palec, poszłam spać. Ale następnego dnia rano sprawdziłam - to nie był sen ani przywidzenie.
Nie wierzyłam.
Jednak Woland miał rację. Rękopisy nie płoną. Trafna metafora, bardzo trafna.


5. Skąd to "zamiłowanie" do krwi i ohydnych, że tak się wyrażę, tematów? Siedzi to w twojej głowie od początku czy napędziły to czytane przez Ciebie książki?
To zamiłowanie siedzi w mojej głowie od początku, jak również mam to zamiłowanie po przeczytanych książkach, po obejrzanych filmach. Taki koktajl, jak widać. Wielosmakowy. Parcie na pisanie poczułam po lekturze Kryształowego Gryfa Andre Norton. Jest to powieść z gatunku fantasy, ale napisana w specyficzny sposób. Jaki? Trzeba przeczytać, polecam. Pierwsze moje nieporadne i marnej jakości teksty były właśnie takie "fantasypodobne". Coś mi, jednak, cały czas nie pasowało, czegoś mi brakowało... Wtedy napisałam opowiadanie pt. Wizyta. Pierwotnie było krótkie, ot, idzie tajemnicza postać przez las i coś tam się w tym lesie dziać zaczyna odnośnie tej tajemniczej postaci. Postać, oczywiście, była ubrana w czarną, długa pelerynę, podpierała się długim sękatym kijem, świecił księżyc, z lasu dochodziły tajemnicze odgłosy, odgłosy, krzyki i śpiewy dochodziły również z karczmy, padał deszcz... Krew się polałam tajemniczy wędrowiec brutalnie rozprawił się ze zbirami, którzy go napadli, wędrowiec okazał się nie być człowiekiem...
Oczywiście, od przysłowiowego zawsze, zaczytywałam się w horrorze, potrafiłam wydać prawie całą pensję na książki, wracałam do domu z siatkami pełnymi dzieł mistrzów gatunku: Stephena Kinga, Grahama Mastertona, Daena Koonrza, Paula Wilsona, Jamesa Herberta, Clive'a Barkera. Siedziałam i czytałam. Pochłaniałam. I tak jak parcie na pisanie poczułam po książce z gatunku fantasy, taki kierunek tego pisania zobaczyłam po lekturze Lśnienie Stephena Kinga... Tak w skrócie wyglądało to moje nasiąkanie horrorem oraz ohydztwami. Dosłownie nasiąkanie. Jak gąbka.

6. Trudno się pisze o szeroko pojętej "rzezi" na stronach? Masz jakieś nawyki, kiedy piszesz? Słuchanie muzyki, picie kawy itp.?
Wiesz, trudno się pisze, generalnie, ponieważ postawiłam na wiarygodność, właśnie. Horror napisany przez kobietę jest niewiarygodny, pamiętasz? Oczywiście, nie staram się uwiarygodnić wszystkiego, bo taki zabieg nie ma sensu. Ale to stwierdzenie o niewiarygodności koleboce mi się w podświadomości. Nie twierdzę, że w przypadku potrzeby wiarygodnego opisania masakry jadę, na przykład, do rzeźni, albo czekam na jakiś katastrofalny w skutkach wypadek komunikacyjny. Tak, robię risercz merytoryczny, konsultuję się z ludzi, którzy mają wiedzę w temacie. Albo najpierw muszę ten temat określić. Rzeź, albo masakra jest tylko dodatkiem, mimo wszystko. Krwawa rozwałka sama w sobie mnie nie podnieca, nie interesuje. Jest, owszem, ciekawym tematem do wprawki warsztatowej, ale dla mnie najważniejsza jest opowieść, trzon książki. Chlustanie wiadrami krwi to tylko i mimo wszystko, dodatek. Pytałaś o nawyki. Piszę w ciszy. Albo po prostu wyłączam się z otaczającego mnie świata. Nie przesadzam z kawą, bo sobie można zrobić krzywdę, przecież. Wiele osób  podejrzewało mnie o używanie jakichś podkręcaczy rzeczywistości - narkotyków, dużej ilości alkoholu. Podczas pisania nie piję alkoholu, generalnie nie biorę żadnych narkotyków. Co ja ćpam? Kwestie które piszę wypycha, z mojej, tak zwanej, samowystarczalnej wyobraźni, naprawdę.
Piszę kiedy mam coś do napisania oraz na pisanie czas. Nie mam żadnych określonych godzin, czy pór dnia, wyznaczonych na pisanie, nie mam żadnych typowo moich rytuałów, czy sposobów, nie otaczam się żadnymi symbolami, czy totemami, nie śpię z piłą łańcuchową pod ręką, albo siekierą pod poduszką. Ktoś się mnie o takie coś pytał. Okej, mam plastikową piłę łańcuchową, taki model zabawkowy, w samochodzie, jeździ na tylnej półce. Na klapie bagażnika nakleiłam symbol "zombie hunter" i bawię się świetnie, widząc reakcje ludzi, owszem, kiedyś w bagażniku samochody woziłam kilka siekier, które zostały tam, ponieważ nie rozpakowałam rekwizytów po sesji zdjęciowej. Ale takie moje zachowanie bezpośrednio nie dotyczy pisania. Czyli - nie, nie mam żadnych typowo pisarskich nawyków. Ani, wbrew pozorom, nie mam  żadnych pisarskich... dziwactw. No, może jedno. Że ja, tak po prawdzie, tej rzezi w tekście nie widzę. Ot, lekka zmiana kolorystyki, może trochę zmiana nastroju...


7. Jak myślisz, co sądzą o Tobie przyjaciele, znajomi, rodzina, kiedy czytają lub widzą okładki Twoich książek?
Większość moich bliskich, rodzina, przyjaciele, znajomi, generalnie horrorów, po prostu, nie lubią, a ja nie mam zamiaru nikogo zmuszać do przeczytania moich tekstów, czy też nie czekam ze niecierpliwieniem na opinię o okładkach.

8. W Alvethorze zostało wspomniane, że bohaterowie mają swoje odpowiedniki w prawdziwym świecie, Jak ich znalazłaś/przekonałaś i skąd w ogóle pomysł? Jak zareagowali na twoją propozycję?
Wpadłam na pomysł uwiarygodnienia akcji, przez umieszczenie w powieści realnych ludzi. Najbliżej byli moi znajomi. Spytałam, zgodzili się. Co jakiś czas tylko przypominałam im, że piszę horror, bałam się, że zmienią zdanie. Ale nie zmienili. I bardzo im za to dziękuję.

9. Po lekturze, jaką są dwa tomy Twojej krwawej historii mogę stwierdzić, że to przemyślanie, dopracowane i "dojrzałe" dzieła. Czy przez te piętnaście lat, w których pęczniał pomysł, jakoś to zapisywałaś czy zostawiłaś w czeluści umysłu?
 A, dziękuję. Nie, nie robiłam notatek. Zostawiłam pomysł w czeliści umysłu. Jak się okazało, ta czeluść jest niewyobrażalnie pojemna...


10. Jak się czujesz czytając recenzje? Te pozytywne, jak i te negatywne?
Czuję się wtedy dobrze, bo widzę, że książki są czytane, że wywołują emocje i że mój wysiłek nie poszedł na marne...

11. Po Białym Miejscu, a właściwie zakończeniu widać, że należało spodziewać się kontynuacji. Czy takie założenie było od samego początku? Stworzyć kilka tomów?
Nie. Alvethor miał być jednotomowy. Jeden tom, żadnych serii. Tak sobie przysięgałam. Ale podczas pisania Białego Miejsca coś się zmieniło...

12. Czy prócz kolejnych Alvethorów planujesz coś napisać?
tak. Już nawet zaczęłam pisać, równolegle z pisaniem III tomu Alvethor. 
Bardzo dziękuję autorce za szczere i opasłe odpowiedzi. To, w jaki sposób pomogła mi w rozwinięciu bloga i poćwiartowania mojego umysłu poprzez treść w jej książkach, zasługuję na nagrodę i słowa uznania. Złota piła łańcuchowa dla Kałużyńskiej!

wtorek, 25 lipca 2017

"Potworna"

Tytuł: Potworna
Autor: MarcyKate Connolly
Liczba stron: 415
Data wydania: 21 czerwca 2016

"Magia potrafi zmusić człowieka do rzeczy, których bez jej udziału nigdy by nie zrobił."

Umiejętność posługiwania się magią to ciężka sztuka, która w nieodpowiednich rękach i bez przygotowania skutkuje katastrofalnymi skutkami. Ilekroć zagłębiamy się w fantastyczne światy, znajdujemy w nich dobrych, jak i złych magów.  Jedni walczą z drugimi i pokazują na co ich stać. Kiedy zwykły człowiek dotyka magii, nie potrafi się z niej wydostać. Łapie go w swoje sidła i pokazuje, że to ona nim włada i dokonuje rzeczy, którymi kiedyś się brzydziliśmy. A najczęściej bestialsko zabija drugiego człowieka.


     Cudowne miasto Bryre nawiedza magia złego czarnoksiężnika, którego klątwa sięga bezbronnych dziewczynek, chorujących i znikających z miasta w niewyjaśnionych okolicznościach. Ludność owiana strachem przed chorobą, nigdy nie wychodzi po zmroku i żyje w wiecznym strachu. Jednak stworzona przez Ojca hybryda, jako jedyna dziewczyna w nocy wlatuje do miasta i wykrada z więzienia schwytane magią mieszkanki - miłość bijąca z jej serca trwa w fakcie, że chce uratować wszystkie. Któregoś wieczora jednak spostrzega chłopca z różą, który wie więcej, niż Kym mogłaby myśleć i rozmawiając z nim, łamie zasady nadane przez Ojca. Od tamtej chwili co noc zabiera ze sobą różę zostawioną na fontannie przez tajemniczego posłańca.

Źródło
     Dzięki tej książce przesiąkniecie magią aż do samej podszewki! Stworzone przez autorkę miasto Bryre, zmieniło się z oazy spokoju w istne Piekło. Można by rzec, że z wyglądu i zachowań ludu przypomina dawne, średniowieczne osady. Grube mury, straże, gospodarze i król na czele. To miasto idealne zostało napadnięte przez czarną magię i próbuje się bronić, mimo tragicznej przeszłości rodziny królewskiej. Tło całej fabuły idealnie nawiązuje do wydarzeń i tworzy wokół siebie magiczną otoczkę, której nie łatwo się sprzeciwić. 

     Intryga snuje się między bohaterami jak kłącze bluszczu na starych, historycznych murach. Pomimo umiejętności rozgryzienia fabuły z samego początku przez czytelnika, i tak wydarzenia wprowadzają wszystkich w błąd i zaskakuje zakończeniem. To trzeba po prostu przeczytać i zobaczyć jak łatwo autorka manewruje czarami - tymi dobrymi, jak i niekoniecznie. Aura tajemniczości nadaje tej książce nowego oblicza, dodatkowo wplatając baśniowych bohaterów.

     Kymera - hybryda ze skrzydłami, ogonem, pazurami, śrubami i kocimi oczami. Z pozoru ta bestialska kreatura pokazuje, że nie zawsze wygląd wpływa na nasze wnętrze, które może bić ciepłem i gościć ludzi wysłaną różami komnatą. Bohaterka stworzona idealnie, mająca swój charakter i nauczająca czytelnika. Prowadzi narrację książki, widzimy wszystko jej oczami i obserwujemy, jak bardzo się zmienia. Początkowo zapatrzona w Ojca, z czasem mu się sprzeciwia i pchana siłą ciekawości, odkrywa prawdziwą siebie i historię miasta.

     Bardzo ujęła mnie fantastyczna postać Kym, ale także jedyny smok w całej okolicy - Batu. Wraz z główną bohaterką stworzył przymierze krwi i pocieszał ją, kiedy zaczynała wątpić w swoje umiejętności. On również potrafi nauczać. Pokazuje, jak ważne jest samozaparcie obwiane tajemnicą i siła zaufania, którą darzymy napotkanych po drodze ludzi - nie ważne są plotki, ale nasze własne zdanie.

Źródło
     Już po samym wstępie było wiadomo, że Potworna to nie tylko historia magicznej dziewczyny, ale również coś więcej. Pokazuje siłę przyjaźni, miłości i zbyt mocnej ufności do ludzi. Znajdziemy w niej wszystko. Od dziwnej bohaterki, po smoka, magię, rodzinę królewską, walkę na miecze, ucieczkę z niebezpieczeństwa i nutkę wzajemnej adoracji, która skończy się z niewiadomym skutkiem. Ludzie, smoki, hybrydy... wszyscy należymy do świata zwierząt. I wszyscy wracamy na firmament, gdy nasze życie dosięga kresu.

     Pozycja godna polecenia dla czytelnika, który pragnie odejść od krwawych i wymagających książek. Autorka pisze lekkim językiem i krok po kroku odsłania nowe karty w grze. Idealna lektura na wieczory przy kominku, a także doskonały pomysł na ekranizację. Potworna jest zabójczo piękna i tajemnicza jak róża, ale i potrafi pokazać swoją mocną stronę. Róża - to słowo opiszę wam całą książkę. 

Za zabójczą książkę dziękuję z całego serca: Wydawnictwo CzyTam